Moc social media w większości jest iluzoryczna, tj. – ścisłej – wirtualna. Realne mogą być konsekwencje wirtualnych czynów, ale w większości – są mgliste.

Chyba, że chodzi o biedne i pokrzywdzone kotki, pieski, dzieci. Wtedy w ludziach odnajdują się zagubione pod grubą warstwą iPhoneów i innych dóbr zapomniane dawno: współczucie i empatia.

Niejednokrotnie największego rozczarowania doznali ci, którzy byli nazbyt pewni swego. W polskiej polityce był to jeden z bohaterów sieci – Janusz Korwin-Mikke; jego akcja „zamień lajki na głosy” okazała się katastrofą. Dostał wielkiego realnego dislike’a. Regularnie cierpią rownież porównania liczb ludzi obecnych na wydarzeniach z liczbami określającymi tych, którzy zadeklarowali na FB swoją obecność na tychże eventach. Social media miały także pomóc innym politykom osiągnąć cel; zawiodły chociażby Hillary Clinton i armię wspierających ją (swoimi lajkami) gwiazd i celebrytów. Wręcz przeciwnie – komunikaty uderzające w Trumpa wzmacniały go, zamiast osłabiać. Powiesz: bzdura, co z Obamą?

Już tłumaczę: Obama miał farta. Wykorzystał w kampanii nowość – zjawisko socjologiczne zwane „social media”. Było to chwilę po tym jak owe „social media” ewoluowały z mniej atrakcyjnej nazwy technicznej „WEB 2.0″. Efekt nowości zjawiska i jego skali wyniósł Obamę ponad tych, którzy nowinkę olali.

Do internautów cieżko się przebić, bo spływa do nich tyle informacji, że zatracili umiejetność sortowania ich. A ta umiejetność jest filarem w życiu. Swoją rangą niewiele różni się od umiejętności określania co jest dobrem, a co złem. (Fundament zdrowej psychiki)

Wyobraź sobie, że wrzucasz ważną dla Ciebie analizę społeczną w jakimś artykule naukowym. Sprawa istotna; dotyka Ciebie i społeczeństwo. Generalnie wychodzisz ze słusznego założenia, że warto się nad nią pochylić. Dajmy na to udostępniasz alarmujące dane o wzroście zaburzeń psychicznych wsród młodych ludzi. (To fakt)

Efekt? Mierne grono zainteresowanych. Bo trzeba dużo czytać, jeszcze więcej myśleć pózniej. Bo to nazbyt angażujące.

Teraz sprawa innej wagi, ale być może mniej istotna dla świata. Twojemu dziecku, lub dziecku znajomego, skradziono rower, który dostało na komunię. Wrzucasz na Fejsa zdjęcia z opisem, w którym musi się znaleźć fragment o smutnym dziecku, które straciło ulubiony prezent. Twoje „ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” natychmiast niesie się po sieci, bo znajomi udostępniają jak szaleni. Każdy ma dobre intencje, jednak sprawa mniejszego kalibru niż to, że Twoje dziecko – i ich dzieci – mogą za kilka lat dołączyć do grona osób z zaburzeniami psychicznymi. A mogą, bo nikomu nie chciało się budować świadomości społecznej problemu zawczasu. Osobną kwestią jest ratowanie życia. Codziennie udostępniane są posty o krwi potrzebnej dla kogoś, kto właśnie uległ poważnemu wypadkowi. I tysiące „szerów”.

Inną sprawą – i to kolejny problem – jest to, że często są to treści sprzed miesiąca, które opisują akcję (nazywając to delikatnie) – przedawnioną. Bo ludzie nie weryfikują dat. Uznają to za jakąś niepotrzebną czynność, która w dodatku jest démodé. Po co trudzić się weryfikacją, skoro udostępnia się jednym kliknięciem? Proste, nie?

Do czego są najlepsze social media, skoro służą generalnie do komunikacji? Są przede wszystkim najlepsze do wzrostu świadomości społecznej o problemach, o których cisza w medialnym eterze. Ale co z tego, skoro odbiorcy są znieczuleni na alarmowanie ich o problemami dotyczących mas? Jeden biedny kotek klika się lepiej, niż setka biednych kotków w schronisku. A najlepiej, żeby kotek nie był biedny i wykonywał śmieszne gesty. Jeszcze lepiej, by „kotek” był tylko metaforą, którą np. panowie rekompensują sobie brak czasu na realne doznania z realną osobą.

Moc social media jest iluzoryczna. Wirtualne wsparcie ma niemal taką samą moc sprawczą – mało w nim realizmu.

Na szczęście nie daliśmy się jeszcze ogłupić internetowi i wszelkie wydarzenia, manifestacje, marsze, etc. biją z roku na rok rekordy frekwencji – nie liczb na Fejsie.

Bo dociera do nas istota tego, o czym napisałem wyżej. Bo intuicyjnie wiemy (a jak nie wiemy, to czujemy…), że emocje, dotyk, komunikacja maja sens tylko wtedy, kiedy są REALNE.

 

Mikołaj